IndeksFAQRejestracjaPortalZaloguj

Share | 
 

 Podania

Go down 
AutorWiadomość
Paige Stigma

avatar

Prawdziwe imię : Kaś

Karta Czarodzieja
Krew: Czysta
Sakiewka: 16g 5s 19k

PisanieTemat: Podania   02.08.09 17:26

Tutaj będziecie zamieszczać podania o genetykę. Postaramy się sprawiedliwie je rozpatrzyć w tydzień po dodaniu go.
Nieprzyjęte podanie można tylko raz poprawić.

__________________________________


Zło zależy od punktu widzenia(...)Jesteśmy nieśmiertelni.
To, co nas czeka w przyszłości, to bogate uczty, których wartości sumienie nie może oszacować.
Bóg zabija i tak też będzie z nami.
Odbiera życie bogatym i biednym, i my też tak będziemy robić.

Powrót do góry Go down
http://www.graphicguestbook.com/paige-stigma
Claire Rountree

avatar

Prawdziwe imię : Natalia

Karta Czarodzieja
Krew: Czysta
Sakiewka: 269g 182s 265k

PisanieTemat: Re: Podania   02.08.09 17:34

Za oknem padał deszcz, słońce w pięć sekund schowało się za ciemnymi chmurami. Od czasu do czasu można było usłyszeć donośne grzmoty, a na niebie pojawiały się długie, jasne kreski, zwane piorunami. Praktycznie w każdym domu zgaszone były światła, oprócz jednego. W wysokim, zadbanym mieszkaniu siedziała mała, dwuletnia dziewczyna o rudych włosach z starszą panią, którą nazywała babcią. Obydwie siedziały na czerwonym krześle, przy kominku trzymając w ręku lekko zniszczony już album ze zdjęciami. Małymi paluszkami dotykała ruszających się fotografii, które przedstawiały roześmianą kobietę. Kiedy jednak przekręciły kilka stron dalej ukazała się zestarzała staruszka, lecz strasznie podobna do poprzedniej, dużo młodszej. - Tak kochanie, to twoja prababcia. - pokiwała potwierdzająco głową babcia, głaskając wnuczkę po małej główce. - Ona była metamorfomagiem i ty, moja najsłodsza, też nim jesteś. - cmoknęła ją w lekko zaczerwienione czółko. Mała, ruda dziewczyna w ogóle nie zdawała sobie sprawy kto to jest i dlaczego ona właśnie musiała się tym kimś stać. - Metamorfomag może zmieniać wygląd. Kolor włosów, kształt nosa i wiele innych rzeczy, których przeciętny czarodziej nie potrafi. Takie coś się dziedziczy i właśnie ty zostałaś tym obdarowana. - wyjaśniła wnuczce, która klasnęła jedynie w rączki. - Podoba mi się to! - krzyknęła rozdarowana, a w tym czasie emerytka przekręciła jeszcze kilka stron dalej. Palcem wskazała na jeszcze mniejsze dziecko, które leżało w kołysce w nienaturalnym kolorze włosów. Jakich? Zielonych! Rudowłosa wybuchnęła dziecięcym śmiechem, nie zdając sobie sprawy, że to była ona, jako niemowlak. Obok niej leżało identyczne dziecko, jednakże o zwykłym, często spotykanym kolorze. Twarz miało do niej podobną i wiecie kto to był? Etienne. - To ty. Z siostrą. - pokiwała głową staruszka, uśmiechając się promiennie.


Osiem lat później:

Dziesięcioletnia dziewczyna siedziała na swoim łóżku, zatopiona w milionach ksiąg. Czytała głównie o metamorfomagii, o ludziach, którzy nimi byli. Doskonale pamiętała rozmowę z babcią, która jeszcze przed śmiercią (trzy lata temu) przypomniała jej o tym zdarzeniu. Pragnęła spełnić życzenie wcześniejszej staruszki, jak i tej, która całkiem niedawno odeszła od ich świata. Za wszelką cenę chciała ponownie zacząć zmieniać swój wygląd. Wiedzę na ten temat zbierała z książek, aż pewnego dnia, stojąc wieczorem przed lustrem i rozczesując włosy, zaczęła myśleć o innym kolorze włosów. Pragnęła być blondynką, a nie rudowłosą dziewczyną, która wyróżnia się z tłumów przez czuprynę. I nagle, w odbiciu nie zauważyła długich, rudych kosmyków włosów, tylko.. tylko.. blond! Pisnęła, zrzuciła na podłogę szczotkę, dotykając końcówek włosów. Mimo uzyskania tego jakże daru nie miała zamiaru używać go na prawo i lewo. Rzeczą oczywistą było, że najczęściej pomagała sobie z tym w zmianie wyglądu, bądź zabawie z rówieśnikami, kiedy niespodziewanie wcielała się w kompletnie inną osobę. Raz nawet, kiedy ich ulubione miejsce było zajęte przez osoby starsze zgoniła ich stamtąd przybierając postać nieco starszej kobiety.

Proszę o przyjęcie mnie do gruby metamorfomagów -
Claire Rountree
Powrót do góry Go down
James Xortdan

avatar

Prawdziwe imię : Mariuffek

Karta Czarodzieja
Krew: Czysta
Sakiewka: 16g 20s 78k

PisanieTemat: Re: Podania   09.08.09 19:44

ODRZUCONE

Powód: skromna, przesłodzona historia.
Powrót do góry Go down
http://myszek90.deviantart.com/gallery/
Tyyne Vaara

avatar

Prawdziwe imię : Alex

Karta Czarodzieja
Krew: 1/2
Sakiewka: 1g 14s

PisanieTemat: Re: Podania   09.08.09 21:19

Jak rozumiem mi się upiekło i nie musze już nic wysyłać?
Powrót do góry Go down
http://alex-is.deviantart.com/
Claire Rountree

avatar

Prawdziwe imię : Natalia

Karta Czarodzieja
Krew: Czysta
Sakiewka: 269g 182s 265k

PisanieTemat: Re: Podania   10.08.09 11:24

Druga, poprawiona wersja


Myślicie, że to będzie kolejna przesłodzona historia? Dzieci, ostrzegam was, że jeżeli macie wrażliwe serduszko, to lepiej zmykajcie pod kołdrę, żeby was złe duszki nie nawiedziły w nocy. Otóż pewnego dnia, o pewnej porze na świat przyszły dwie, małe dziewczynki, które były bliźniaczkami. Lekarz oczywiście mylił się, zapewniając małżeństwo, że ich kolejnymi potomkami będą zdrowi, silni chłopcy. Te dwa pierwsze przymiotniki pasowały do rudowłosych, ale trzeci niezbyt. Mimo przygotowania niebieskiego pokoju, niebieskich zasłoń i całej reszty w podobnych odcieniach nie wskazywali smutku, którego w ich sercach nie było. Mały Fabien, który miał wtedy zaledwie rok był nieco zawiedziony, że nie będzie miał młodszych braci, ale siostry nie są złe, prawda? Można je niańczyć, kupować lalki, a później z nudów malować paznokcie. Pokój, głównie za pomocą magii, którą dwójka dorosłych czarodziejów miała świetnie opanowaną zmienił się w odcienie typowo dla dziewczyn, a dokładniej mówiąc czerwone, różowe i białe barwy. Z początku każda z nich była normalna. Ta starsza, jak i młodsza rozwijały się prawidłowo, a choroby, póki co nie dawały o sobie żadnych znaków. Mając jednak cztery miesiące, najstarsza z bliźniaczek - Claire śpiąc przesłodko w łóżeczku zmieniła kolor włosów na zielony. Rodzicie nie zdawały sobie sprawy z dawnych korzeni rodziny, a więc metamorfomagie od razu wykluczyli. To zdarzenie było powtarzane coraz częściej. Raz budziła się z wielkim nosem, raz z malutkim, a kolejny raz z identycznym, jaki miała po urodzeniu. Mało widoczne piegi znikały, pojawiały się, aż w końcu znikły, pozostając tylko i wyłącznie na bladych policzkach najmłodszej córki. Każda przemiana została pamiątkową fotografią, którą następnie wkładano do wielkiego albumu, nazwanego 'Ród Rountree'. Siostry, jak i najmłodszy mężczyzna w tym domu - Fabien uwiebiali oglądać zawarte nim zdjęcia. Prababcie, pradziadki, ciocie, wujkowie, babcie dziadków, dziadki babci. Często, siwa staruszka, z maską zmarszczek na twarzy zasiadała z nimi na fotelu, przy kominku, opowiadając historie związane z ich rodziną. Raz były one śmieszne, a raz na tyle straszne, że rodzeństwo spało razem, bojąc się, że w nocy napadnie ich stado złych demonów, chcących wziąć ich ze sobą. Niestety nadszedł ten dzień, w którym cała trójka była już nastolatkami. Claire miała 14 lat, jej bliźniaczka także, a Fabien, jak już się domyślacie 15. Od jakiegoś czasu znali już prawdę o rodzicach, służących Czarnemu Panu. Aurorzy wypatrywali ich posiadłość od jakiegoś czasu, aż stało się. Zaatakowano staruszkę, matkę, a także ojca. Nie wiadomo czemu wzięli tę pierwszą osobę za sługę, skoro nie widzieli jej podczas ataków śmiercożerców. A teraz, mówię wam dzieci - sio, chyba, że będziecie tak jak kochające się rodzeństwo Rountree spali w łóżkach z starszymi osobami, nie chcąc, aby napadli was pracownicy Ministerstwa Magii, za czytanie nieodpowiednich dla was treści. A więc, zaczynam. Dzień był zwykły, jak co dzień. Rano cała rodzina zasiadła do śniadania, po południu siostry umówiły się z przyjaciółkami na zakupy, a Fabien wyszedł z kumplami na przejażdżkę rowerową do lasu, gdzie z pewnością nie obyło się bez alkoholu. Mimo słodzenia przed twarzami rodziców podczas ich nieobecność strasznie rozrabiali. Warto również dodać, że ta cała akcja odbywała się podczas wakacji, gdyż w ciągu roku szkolnego rodzeństwo było w francuskiej szkole, a część w Dumstrangu. Nadszedł wieczór. Ciemny, zimny wieczór. Cała rodzina zgromadziła się w mieszkaniu, jakby przeczuwając co się zaraz stanie. Jednakże nikt z obecnych osób nie mógł przewidzieć ataku. Rudowłose, razem z brunetem siedzieli w pokoju, grając w czarodziejskie szachy, a później w inne, równie magiczne gry. Rodzice natomiast cicho rozmawiali o czymś, starając się ten fakt ukryć przed potomkami. Nagle, coś huknęło i można było usłyszeć dźwięk rozbitego szkła. Do pomieszczenia wpadło kilkunastu zamaskowanych czarodziei, celujących różdżkami w siedzących w pomieszczeniu ludzi. -Drętwota!- krzyknął jeden z nich, zajmujący się najmłodszą kobietą obecnych. Żona, zarówno jak i matka, a także synowa upadła na ziemię, zwijając się z bólu. Mężczyzna wyciągnął także różdżkę, celując w ścianę, która zwaliła się na dwóch aurorów, nie pozwalając im dalej atakować. Było ich jednak pięciu. Dwóch z nich zajęło się staruszką, która nie potrafiła stawiać oporu, a tym bardzej bronić się. -Petrifikus Totalus!- krzyknął, powodując, że ciało kobiety stało się w jednej sekundzie sztywne, a ona sama upadła, raniąc głowę w róg stołu. -Relashio- okrzyknął jeden z trzech, którzy teraz zajmowali się ojcem dziewczynek. -Protego!- odparł najszybciej jak mógł, odbijając zaklęcie. Walka nadal była zawzięta, skończyło się jednak na porażce śmiercożerców. Aurorzy zabrali staruszkę, matkę, a także ojca do szpitala Św. Munga, zapominając o istnieniu dzieci, które ze schodów kryjąc się, wypatrywali kolejne części walki. Byli na tyle duzi, by wiedzieć, że ich babcię czeka zagrożenie utraty życia. Samo zaklęcie nie było zbyt groźne, ale fakt, że zraniła się w ostry kąt mebla pogarszał sytuację. Matka była młodsza, silna, więc raczej nie była zagrożona. Ojciec jedynie krwawił na twarzy, jednakże nie miał wystarczająco siły, by dalej walczyć. Poza tym - aurorzy wzmocnili swoją mnogość, zapraszając do udziału kolejną grupę. Kolejny dzień rozpoczął się jak każdy inny, tyle że bez bliskiej rodziny. Wszyscy, prócz najmłodszych leżeli w Św. Mungu, będąc pod opieką medyków. Po zjedzeniu przygotowanego posiłku, który nie był tak dobry, jak te poprzednie, głównie z powodu spalenia jajek na patelni wyruszyli za pomocą kominka do szpitala, mając zamiar odwiedzić bliskich. Z początku oczywiście zabłądzili kilkanaście razy, wchodząc do nieodpowiednich sal, albo na oddziały, w których odbywały się operacje, albo co gorsza porody. W końcu jednak dotarli do pomieszczenia, gdzie odpoczywała rodzina. Etienne podbiegła do łóżka matki, Fabien do ojca, a Claire do babci, która już z daleka wskazywała swoim wyglądem, że nie czuje się najlepiej. Nie chciała nic mówić, nie chciała o nic pytać, gdyż świetnie zdawała sobie sprawę, że może to zmęczyć staruszkę. Niespodziewanie jednak mugolska maszyna zaczęła głośno pikać, wystraszając przy tym dziewczyną, która przysunęła się bliżej końca łóżka. Kobieta ścisnęła jej dłoń, otwierając usta. -Prababcia będzie z ciebie dumna- wypowiedziała ochrypłym głosem, a zaraz potem maszyna zmieniła piski w krótkie sygnały, coraz bardziej przerażające. Do pomieszczenia wbiegli lekarze w białych fartuchach, odpychając rudowłosą od łóżka. Jednakże ich obecność nie zmieniła nic. Staruszka odeszła ze świata czarodziejów, nie będąc niczego winna. Rosemary i Jean wyszli z sytuacji cało, chociaż według Claire to właśnie oni powinni zginąć, gdyż babcia nie brała udziałów w mordowaniu mugoli. Nie świadczyło to jednak, że nie darzyła ich miłością. Gdyby los siwej kobiety podzieliła Rosemary, bądź Jean z pewnością wolałaby, jeżeli to ona zginęłaby w równie marnym przypadku, niż rodzina. Od tamtej pory nie minęło dużo lat, zaledwie dwa. Jednakże rudowłosa nie darzy już zaufaniem Ministerstwo Magii, w którym niegdyś chciała pracować. Rodzice nie trafili do Askabanu, składając aurorom wieczystą przysięgę. Byli na tyle nieodpowiedzialni, że mieli gdzieś konsekwencje, jakie mogły z tego wyniknąć. Ostatnie słowa babci również wzięła sobie do serca, chociaż nie wiedziała o co tak naprawdę chodzi. Rok po tym zdarzeniu chciała się dowiedzieć jak najwięcej o prababci. Z zapałem oglądała zdjęcia w albumie, pisała na jej temat notatki, które czerpała od innych członków rodziny. W końcu matka podsunęła jej cenną informację - zmieniała kolor swoich włosów, bądź wygląd różnych części ciała prócz oczów. Według jej analizy powinna być metamorfomagiem, dlatego też udała się do Ministerstwa Magii, chcąc zdobyć listę zarejestrowanych metamorfomagów z lat, kiedy kobieta jeszcze żyła. Jeździła bladym palcem po liście, wypatrując tego imienia i nazwiska. Jest! Polly Rountree. Uśmiechnęła się, oddając pracownikowi listę. Udała się jak najszybciej do mieszkania, zagłębiając nos w dużej ilości lektur, mówiącej o metamorfomagach i metamorfomagii. Z biegiem czasu, a dokładnie rok po czytaniu i szkoleniu się w tym wszystkim stała przed lustrem, rozczesując włosy. Wiele osób mówiło jej komplementy, bądź siostrze dotyczące niezwykłego koloru włosów. Ta pozornie ruda czupryna miała coś sobie szczególnego. Coś, co wielu osobom się podobało. Ona była przeciwnego zdania. Za wszelką cenę pragnęła zmienić kolor swoich włosów i stało się. Uporczywie myślała o blond włosach, myślała, myślała i.. ma! Otwierając oczy nie zauważyła długich, lśniących rudych kosmyków, a blond! Pisnęła z radości, wypuszczając z dłoni drewniany grzebień. -Babcia będzie z ciebie dumna- skomentowała matka, która jako pierwsza z domowników dowiedziała się o tym zdarzeniu. W tym samym dniu nastolatka udała się na grób babci, gdzie zapaliła znicz, opowiadając o całym zdarzeniu. Od tamtej pory nie zmieniło się nic. Głównie swą moc wykorzystywała tylko i wyłącznie do kamuflażu, czasem dla żartów, zdarzało się też do zabawy z rodzeństwem, albo do ulepszenia wyglądu. I muszę powiedzieć, że służy jej metamorfomagia, nie ma co.

Skromna - nie wydaje mi się, przesłodzona - nie wydaje mi się.
A więc proszę o ponownie przyjęcie mnie do grona metamorfomagów -
Claire Rountree
Powrót do góry Go down
Paige Stigma

avatar

Prawdziwe imię : Kaś

Karta Czarodzieja
Krew: Czysta
Sakiewka: 16g 5s 19k

PisanieTemat: Re: Podania   10.08.09 18:43

Tak, Tyś Razz

Druga wersja zdecydowanie lepsza, ale to już wiadomo dlaczego odrzucona będzie

Wampiry górą!

__________________________________


Zło zależy od punktu widzenia(...)Jesteśmy nieśmiertelni.
To, co nas czeka w przyszłości, to bogate uczty, których wartości sumienie nie może oszacować.
Bóg zabija i tak też będzie z nami.
Odbiera życie bogatym i biednym, i my też tak będziemy robić.

Powrót do góry Go down
http://www.graphicguestbook.com/paige-stigma
Tyyne Vaara

avatar

Prawdziwe imię : Alex

Karta Czarodzieja
Krew: 1/2
Sakiewka: 1g 14s

PisanieTemat: Re: Podania   10.08.09 20:00

Ja to mam szczęście
Powrót do góry Go down
http://alex-is.deviantart.com/
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Podania   04.11.09 10:28

Historia ta, może i zaczyna się tak jak wiele innych...na pierwszy rzut oka. Małe, angielskie miasteczko Red Hill, ciemna zimowa noc która jest granicą między 31 grudnia, a 1 stycznia 1953 roku. Normalnie, byłby to czas, gdy wszyscy świętują nadejście nowego roku...Lecz w tym wypadku, ciszę i spokój tejże nocy przerwała śnieżna burza - największa jaką mieszkańcy, a także wędrowcy, mieli okazję zobaczyć. Patrząc przez okno na zewnątrz, można było ujrzeć jedynie sypiący gęsto śnieg...nic więcej, nawet świateł dobiegających z innych domów. Ale dość już opisów przyrody i stanu pogody. Przejdźmy do prawdziwie ważnych wydarzeń....
Domy w miasteczku, tworzyły zwartą grupkę osadzoną w dolinie, kłębiły się tak, że w oddali można było dostrzec, dużą czarną plamę przy takiej pogodzie. Tylko jeden dom o pokaźnych rozmiarach był umieszczony gdzieś na uboczu, a raczej na niewielkim wzgórzu, do którego prowadziła jedna jedyna ścieżka. Ludzie zazwyczaj nie odwiedzali tego miejsca, albowiem rodzina zamieszkująca budynek była w ich mniemaniu "dziwna". Rodzina ta nosiła nazwisko Seymour. Była specyficzna ze względu na to, że składała się tylko i wyłącznie z kobiet - młodych, pięknych, wyróżniających się bladą karnacją. Występował jednak mały wyjątek. Najmłodsza z członkiń - Marienne, wyróżniała się swym świeżym kolorem skóry na której pojawiał się rumieniec, nie wydawała się być taka idealna jak reszta jej "sióstr". Tylko ona pokazywała się w mieście, obcowała z ludźmi i sprawiała wrażenie normalnej. Spotykała się z niejakim Damonem Hydenville, który przyjeżdżał często do Red Hill, właśnie po to, by zobaczyć swoją ukochaną. Jednak po jakimś czasie, przestała bywać w miasteczku, nie pokazywała się w okolicach...po prostu zniknęła z oczu wszystkim mieszkańcom, którzy bądź co bądź interesowali się, aż zanadto Seymour'ami. Nawet Damon szukał jej, wypytywał ludzi...rozpaczał. Pan Hydenville nigdy nie odwiedzał Marienne w jej domu, ponieważ ona mu tego surowo zakazywała. Lecz gdy nie mógł już znieść rozłąki i udał się na wzgórze, by móc choćby ją zobaczyć, o ile ukochana jeszcze tam była. Właśnie wtedy...tej śnieżnej, burzliwej nocy, wszyscy poczuli, że coś złego dzieje się w domu na wzgórzu.
Gdy Damon dotarł pod masywne drzwi rezydencji i zaczął się dobijać, otworzyła mu jedna z sióstr Marienne - Linette. Mężczyzna był zdenerwowany, wiedział że te kobiety coś ukrywają, nie chciał stracić najdroższej dla niego osoby.
- Gdzie jest Marienne! Wiem że ją ukrywacie! - wrzasnął na kobietę i próbował wedrzeć się do pomieszczenie, choćby siłą.
- Nie ma jej tu, wyjechała, więc i ty lepiej odejdź. - rzekła Linette patrząc z pogardą na mężczyznę. Gdy tylko zbliżył się do niej i próbował siłą przejść, usłyszał przeraźliwy krzyk dobiegający zdaje się z piętra domu. Wrzask od jednego, długiego, przerodził się w ciąg następnych, przeszywających ciało na wylot. Poznał w nim mimo wszystko głos Marienne...zabolała go sama myśl o tym, że jej dzieje się krzywda. Znów próbował przedrzeć się przez "zaporę" jaką stanowiła stojąca przed nim kobieta. Wtedy stało się coś jeszcze dziwniejszego - Linette jednym ruchem ręki złapała mężczyznę za szyję, dusząc go przy tym, podniosła i wyrzuciła go za otwarte drzwi.
- Nie chciałbyś mnie zdenerwować. Wynoś się, jeśli chcesz jeszcze pożyć. - powiedziała do leżącego na śniegu Damona. Dźwięk zatrzaskiwanych drzwi przeplótł się z tajemniczym krzykiem, po czym ucichł. Chłopak leżał na śniegu, z małego rozcięcia na czole kapnęło kilka kropel krwi, barwiąc biały puch na karminowo. Mężczyzna zdołał podnieść się z ziemi, jeszcze oszołomiony przeszedł te kilkadziesiąt metrów, docierając na puste ośnieżone pole, spory kawałek od drogi. Wtedy stracił przytomność. Gdy się ocknął, spostrzegł nad sobą ciemną postać, niewyraźną i zamgloną przez sypiący wciąż śnieg. Przetarł oczy, podniósł się ledwie i mógł wreszcie ujrzeć, że stała przed nim sama Marienne. Była boso, ubrana w białą, długą nocną koszulę, mocno zakrwawioną na przodzie. Widać było że jej policzki były już czerwone i przyozdobione bruzdami namalowanymi przez wiatr.
- Marie...Co ty tu robisz...co się...co się stało?! - zdołał wycedzić Damon podnosząc się chwiejnie. Dopiero w tamtym momencie zdążył wyraźnie dostrzec co jego ukochana trzyma w rękach - dziecko owinięte w grupy, ciepły koc.
- To...to nasza córka... - powiedziała ledwie dosłyszalnie Marie, upadła na kolana, ale chłopak zdążył ją złapać, by całkiem nie zatopiła się z dzieckiem w zimnym śniegu.
-Proszę, zabierz ją ze sobą...ja...ja nie mogę się nią zająć...one ją skrzywdzą. - mówiła dość chaotycznie przez drgawki z zimna jakie ją dopadły.
- Zabiorę stąd ciebie i dziecko...będziesz bezpieczna zobaczysz - okrył ją swoim płaszczem by ją trochę rozgrzać, jednocześnie uspokajając. Marienne jedynie pokręciła przecząco głową.
- Nie mogę iść z tobą, umieram Damon. Znajdą mnie po zapachu krwi...ale...jeśli za-zabierzesz dziecko i ruszysz teraz, nic wam nie będzie. - jej głos stawał się coraz cichszy. -Proszę...nazwij ją Jane, daj jej swoje nazwisko...i nie martw się już o m-mnie. Idź, szybko...błagam - poprosiła go nikłym już głosem. Światełko w jej oczach powoli gasło, życie z jej zmarzniętego ciała wolno się ulatniało. Damon wyciągnął niemowlę z rąk umierającej ukochanej po czym z ciężkim sercem ją opuścił.
Co działo się z Marienne
Kobieta leżała wciąż nieruchomo na ośnieżonej ziemi, patrząc gdzieś w ciemność, przez lekko uchylone powieki. Mimo, że było jej tak zimno, nie starała się już ogrzać, nie próbowała wstawać. Wiedziała, że wkrótce zaśnie i nie będzie musiała już cierpieć. Nagle zaczęły się znikąd pojawiać ciemne postacie, gromadząc się wokół ciała Marienne. Kolejno wyłaniały się bezszelestnie z ciemności zbliżając się do leżącej drętwo dziewczyny. Jedna z postaci podeszła bliżej, klęknęła przy umierającej, pogłaskała ją delikatnie po głowie mówiąc:
- Nie martw się, zobaczysz jeszcze swoją córeczkę. W końcu będzie jedną z nas, tak jak ty... - kobieta zbliżyła swoje pełne, czerwone usta do zmarzniętej szyi Marie i złożyła na niej wampirzy pocałunek. Strużka krwi spłynęła po bladej, skórze dziewczyny, która otrzymała nowe życie. Niestety ani Damon, ani nikt inny nie wiedział co wydarzyło się w ciemności...

Minęło 16 lat. Wspomnienia i ból tamtej krwawej nocy zatarła już lekko fala czasu, ale niestety nie dało się tego całkowicie wymazać z ludzkich umysłów. Damon Hydenville nadał swojej córce imię Jane, tak jak sobie tego życzyła jej matka. By uczcić bardziej jej pamięć, przybrał dla Jane również nazwisko Seymour - co było niestety błędem, który sporo ich kosztował. Młoda Jane była normalną nastolatką, naturalnie, ponieważ jej ojciec i matka byli czarodziejami (Marienne również była czarownicą), ona odziedziczyła te same magiczne zdolności. Jej ojciec poślubił inną kobietę, która miała syna, starszego od niej o 2 lata (w takim razie miał teraz lat 18) - Williama Hydenville, albowiem przyjął nazwisko przybranego ojca. Mieszkali razem w Londynie. Ale wracając do Jane...Często się uśmiechała, pomagała przybranej matce w domu, a także ojcu, kiedy tylko była taka potrzeba. Lubiła również spędzać czas z Williamem, choć denerwował ją często przez złośliwe żarty dotyczące jej siły czy szczupłej budowy ciała. Magii uczyła się od ojca, który nie wiedzieć czemu nie chciał wysłać jej do żadnej ze szkół. Sielankowe życie w szczęściu nie miało jednak trwać długo...
Zima, Londyn został opanowany przez śnieżycę, dokładnie w 16 rocznicę urodzin Jane.Północ. Pogoda wydaje się być znajoma czyż nie? Jednak ta "burza śnieżna" o ile w ogóle można to tak nazwać, była o wiele, wiele mniej gwałtowna. Młoda panna Seymour wracała pośpiesznym krokiem spod Big Bena gdzie odbywał się pokaz fajerwerków, z okazji nadejścia nowego roku. Podążała wciąć szybkim krokiem w kierunku domu, wkrótce obierając drogę na skróty, dość wąską, cichą, brukowaną uliczką. Śnieg sypał wciąż gęsto, ale nie był aż tak bardzo uciążliwy, więc dziewczyna nie zwracała nań większej uwagi. Gdy była w połowie uliczki, kilka metrów przed nią, jakby znikąd pojawiła się ciemną postać. Po wysmukłej, kształtnej sylwetce łatwo można było poznać, iż to kobieta. Wkrótce do Jane dotarł jej melodyjny głos.
-Jak ślicznie wyglądasz, Jane kochanie...tak bardzo tęskniłam. - młoda dziewczyna była zdezorientowana tymi słowami.
-Nie rozumiem. Przepraszam, kim pani jest? - odezwała się wreszcie Jane podchodząc kilka kroków w stronę nieznajomej. Kobieta podeszła i wreszcie można było zobaczyć jej twarz - piękną, o idealnych rysach, bladej cerze bez skazy. Jej oczy, ciemne jak węgiel były wręcz hipnotyczne. Wyciągnęła marmurową dłoń w stronę Jane i pogłaskała ją po policzku.
-Biedne dziecko...nie pamiętasz mnie. Ja pamiętam cię właśnie taką piękną...teraz jesteś jeszcze piękniejsza, przypominasz mnie samą. - kobieta mówiła bardzo tajemniczo. Jane, wpatrzona w jej twarz, oczy, nie ruszała się z miejsca, jakby była w transie.
-Jesteś idealna. A teraz zamknij oczy...to może trochę zaboleć. - rzekła nieznajoma. Zanim Jane zdążyła choćby się odezwać, kobieta nagle zatopiła zęby w jej szyi. Dla młodej Seymour, świat zawirował...skąpał się w szkarłacie rozlanej krwi. Straciła wtedy kontakt z rzeczywistością, było zimno, lecz ona czuła ciepło, gorąco, które paliło jej ciało jakby od środka. Nie wiedziała co się stało, oraz najważniejsze, co działo się z nią teraz. Wrażenie, jakby wisiała bezwładnie na granicy pomiędzy życiem a śmiercią nie miało końca...
-Będziesz zachwycona, gdy to wszystko się już skończy, zobaczysz. - słyszała od czasu do czasu cichy, niewyraźny głos, który odbijał się wciąż echem w jej głowie. Nie mogła jednak skupić się na niczym innym, jak tylko na palącym bólu, który opętał całe jej ciało. Początkowo, rozlany był od głowy, szyi i klatki piersiowej, aż po same opuszki palców u stóp i dłoni. Potem powoli zaczął odchodzić z palców, ramion, nóg, kumulując się w tułowiu. Następnie zaczął się stopniowo kłębić w klatce piersiowej, jakby cały ten ogień chciał na siłę wcisnąć się do jej serca, które wydawało się takie malutkie. Teraz gorąco było nie do zniesienia, poprzedni ból został spotęgowany dziesięciokrotnie, dokładając więcej cierpienia. Wszystko przeciągało się niemiłosiernie, jakby zmagała się z tym przez lata. Czuła jednak nad sobą czyjąś obecność, zimne dłonie które ją przytrzymywały, czuły kobiecy głos szepczący jej do ucha wciąż to samo.
Obudziły ją poranne promienie słońca przebijające się pomiędzy ośnieżonymi gałęziami drzew. Leżała nieruchomo na zakrwawionym śniegu, ale nie czuła by cokolwiek ją bolało. Gdy tylko otworzyła oczy, doznała niesamowitego uczucia. Dostrzegała najmniejsze szczegóły przetaczające się wokół niej...najdrobniejsze kryształki lodu które wirowały w powietrzu, niewidoczne dla ludzkiego oka. Słyszała wokół siebie tyle dźwięków, które dotąd ukrywały się gdzieś przed nią. Leżała w dalszym ciągu na ziemi niczym posąg, nie wykonywała najmniejszych gestów w obawie o nadejście kolejnej fali przeszywającego bólu. To wszystko było niewiarygodne. Gdy wreszcie próbowała skupić się na wydarzeniach z poprzedniej nocy, wszystkie obrazy, dźwięki i wspomnienia sprzed wczorajszego wydarzenia, wydawały się być zupełnie niewyraźne, wyblakłe, pokryte jakby kurzem. Pamiętała jedynie twarz pięknej kobiety, która była ostatnią osobą jaką widziała. Nagle, poczuła na swoim czole obcą dłoń, otworzyła oczy szeroko, by ujrzeć kto nad nią czuwa. Kobieta, która zadała jej tyle bólu, teraz siedziała przy niej jakby nigdy nic, niczym matka zajmująca się chorym dzieckiem. Jane zerwała się z ziemi, automatycznie przyjmując pozycję obronną. Nawet nie zwróciła uwagi na to, że poruszała się niezwykle szybko i cicho.
-Kim jesteś! Co mi zrobiłaś! - wrzasnęła na nieznajomą uznając ją z góry za wroga, za źródło wielkiego zagrożenia. Kobieta jedynie się uśmiechnęła i odezwała się jedwabistym sopranem:
-Stworzyłam lepszą ciebie.- jej tajemniczego uśmiechu nie sposób było zinterpretować. -Na twoim miejscu skupiłabym się teraz na pragnieniu. Spotkamy się jeszcze...ale nie teraz.- rzekła, po krótkiej chwili niespodziewanie znikając. Jane nie mogła jej gonić, ponieważ w tamtej chwili wszystkie wyostrzone zmysły zderzyły się w jednym punkcie tworząc nowy cel - pragnienie. Dziewczyna chwyciła się za gardło, które niemiłosiernie wyschło, płonąc. Nie była w stanie znów zdrowo i rozsądnie myśleć, więc wystrzeliła pędem w zupełnie przypadkową stronę. Biegła tak bez opamiętania, aż wreszcie, jej doskonałe ciało zatrzymało się w miejscu. Bystre oczy dostrzegły grupkę ludzi zmierzających ku miasteczku położonemu kilkaset metrów na wschód. Dwie kobiety niosły duże kosze wypełnione po brzegi jedzeniem, a trzej mężczyźni podążali ich śladem rozmawiając o jakichś nieistotnych sprawach. Dla Jane jednak były to bezużyteczne informacje. Jedyną ważną częścią tego spotkania, była słodka woń ich ciał, wyraźne, głębokie tętno ich krwi płynącej w żyłach. Co się działo potem? Panna Seymour nie wiele z tego zapamiętała, skupiona była raczej na wypijaniu z ich ciał życiodajnego płynu i porzucaniu bezużytecznej zewnętrznej powłoki. Gdy była już "najedzona", a zmysły wreszcie rozproszyły się uwalniając jej umysł, wreszcie zorientowała się, że jest na obrzeżach Londynu. Jej myśli przeskoczyły na inny tor - musiała wrócić do domu, do ojca. Dotarła do miasta, a ponieważ jej ubranie było zakrwawione i podarte (czyli wyglądała nie ukrywając niestosownie), zaczęła biec jak najszybciej przez odosobnioną pustą uliczkę, nie zważając na to, że znów nie porusza się jak człowiek. Niedługo po tym zatrzymała się przed wystawą sklepową, spoglądając na położoną tam gazetę codzienną. Data na niej pokazywała, że od 1 stycznia minął już tydzień...
- Leżałam tam tydzień! Jak to możliwe...co się...co się ze mną stało! - krzyczała w myślach, zupełnie nie wiedząc w kogo, a raczej w co się teraz zmieniła. Znów ruszyła biegiem, docierając wreszcie do domu. Chciała wejść tylnymi drzwiami, ale ku jej przerażeniu były otwarte na oścież, a co najważniejsze - drzwi, ziemia i podłoga wewnątrz były zalane krwią. Weszła szybko do środka, lustrując zdemolowane wnętrze, w którym unosił się obfity zapach świeżej krwi, co doprowadzało ją do szału, paliło w gardle! Usłyszała jakiś szmer dochodzący z piwnicy, więc niezwłocznie zeszła do niej. Mimo, że było tam kompletnie ciemno, Jane widziała doskonale. W rogu pomieszczenia, siedział skulony Damon, trząsł się w szoku, miał głębokie rany na ciele, jakby ktoś zadał mu ciosy nożem. Rzeczywiście, nieopodal leżało narzędzie zbrodni. Jane podeszła do niego i obróciła jej twarz do siebie:
- [b] Tato...tato co się sta...[b] - nie zdążyła dokończyć, bo zapach jego krwi uderzył w nią całą swoją siłą. On natomiast, widząc jej księżycowo bladą twarz (dzięki kilku promieniom światła przebijającym się przez otwarte drzwi), dojrzał również jej karminowe tęczówki...zaczął przeraźliwie krzyczeć. Jane nie mogła tego znieść, musiała opuścić natychmiast to miejsce. Wychodząc, natknęła się na pokiereszowane ciało jej macochy, ale nigdzie nie dostrzegła ciała Williama. Nie miała pojęcia co się tam wydarzyło...ale teraz najważniejsze było wydostanie się stamtąd, by nie skrzywdzić Damona. Uciekła zatem jak najdalej...
Nie trwało długo, nim dowiedziała się kim teraz jest - wampirem. Z początku nadchodzące pragnienie było zbyt silne, by z nim walczyć, więc mordowała napotkanych wtedy ludzi bez przytomności. Nie wiedzieć czemu los rzucił ją wreszcie do miasteczka Red Hill, w którym się urodziła. Nie mając o tym najmniejszego pojęcia, postanowiła zamieszkać w pozornie opuszczonym domu na wzgórzu. Po kilku tygodniach do owej "rezydencji" powróciły wampirzyce z rodziny Seymour, do których dom należał. Poznając Jane, wiedziały już, że była córką Marienne. Niestety matki Jane nie było wśród nich. W ciągu tych kilkudziesięciu lat, aż to czasów teraźniejszych, wampirzyce Seymour'ów przyjęły Jane pod swoją opiekę , zajęły się nią i wychowywały według własnych zasad, nie zdradzając jednak imienia jej matki. Wkrótce nauczyła się panować nad pragnieniem na tyle, by móc choćby udawać człowieka. Gdy tylko stawało się ono niemiłosiernie uciążliwe, zadowalała się od czasu do czasu wypijaniem zwierzęcej krwi. Mimo że zachowała po części swój "ludzki" charakter, od czasu do czasu budziła się w niej nie wiedzieć czemu ta część, która składała się głównie z sadystycznego podejścia do ludzi i innych wampirów, niemalże obsesyjnego zamiłowania do sarkazmu i ironii.
Pewnego dnia postanowiła opuścić to miejsce i udać się do szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie, by wreszcie przywyknąć do towarzystwa ludzi, przestać traktować ich wyłącznie jako posiłek i zacząć "normalnie" żyć. Wiedziała, że jej matka nadal "żyje", więc chciała wyruszyć w podróż, by ją odnaleźć...i zabić.

Wiem że błędy stylistyczne są, bo przy pisaniu tak długiego posta niestety zdarza się tracić przytomność . Za przecinki wybacz, jakoś automatycznie spacja się napatoczy i wychodzi coś takiego.
Dodałam kilka faktów i rzeczywiście opis przemiany i okoliczności nieco poszerzyłam. Jeśli jeszcze będzie coś źle to postaram się poprawić, lub przyjmę decyzję odmowną. Mam jednak nadzieję, że tak nie będzie.
Pozdrawiam - Jane Seymour.


Ostatnio zmieniony przez Jane Seymour dnia 05.11.09 11:56, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Paige Stigma

avatar

Prawdziwe imię : Kaś

Karta Czarodzieja
Krew: Czysta
Sakiewka: 16g 5s 19k

PisanieTemat: Re: Podania   05.11.09 10:36

Nie no... Mogłabym wiele błędów zaznaczyć stylistycznych, bo budowa zdań się tutaj kłania... Jednak brak błędów ortograficznych zadowolił moje biedne oczka. Biedne, bo nie rozumiem, czemu każdy przecinek ma dwie spacje po obu stronach... To razi, nie sądzisz? Aż mam wrażenie, że jest ich za dużo.

Wytłumacz mi proszę... Jane urodziła się z normalnej matki i ojca, prawda? Później nagle spotyka ją matka, gryzie i zostawia. Jak dziewczyna dała sobie radę z tym tygodniem, kiedy się przemieniała? Widać, że znasz książki o wampirach, więc powinnaś wiedzieć, że nie każdy może to tak sobie przeżyć. Poza tym, że się starała unikać ludzi i bla bla... Bullshit. Porzucony i nowo narodzony wampir to tępa maszyna do zabijania. Dlatego końcówka mi się nie podoba, o. "Czekam na więcej dramaturgii" - jakby to powiedział reżyser kiczowatego horroru

Poprawisz i pomyślimy.

__________________________________


Zło zależy od punktu widzenia(...)Jesteśmy nieśmiertelni.
To, co nas czeka w przyszłości, to bogate uczty, których wartości sumienie nie może oszacować.
Bóg zabija i tak też będzie z nami.
Odbiera życie bogatym i biednym, i my też tak będziemy robić.

Powrót do góry Go down
http://www.graphicguestbook.com/paige-stigma
Paige Stigma

avatar

Prawdziwe imię : Kaś

Karta Czarodzieja
Krew: Czysta
Sakiewka: 16g 5s 19k

PisanieTemat: Re: Podania   05.11.09 12:12

Ja jestem już usatysfakcjonowana

__________________________________


Zło zależy od punktu widzenia(...)Jesteśmy nieśmiertelni.
To, co nas czeka w przyszłości, to bogate uczty, których wartości sumienie nie może oszacować.
Bóg zabija i tak też będzie z nami.
Odbiera życie bogatym i biednym, i my też tak będziemy robić.

Powrót do góry Go down
http://www.graphicguestbook.com/paige-stigma
Mercedes Craig

avatar

Prawdziwe imię : Anka

Karta Czarodzieja
Krew: Czysta
Sakiewka: 0g 0s 0k

PisanieTemat: Re: Podania   06.12.09 22:41

Craig. Rodzina arystokratyczna, od wieków znana, od wieków szanowana za czystość swojej krwi, za to, że nie pojawiło się w niej nic co mogłoby nadrzeć jej reputację. Żadnych szlam, wilkołaków, wampirów, ani innych anomalii, które by mogły zmienić bieg tego drzewa genealogicznego. Do pewnego czasu…
Mercedes była okropnym dzieckiem. Rozpieszczona jedynaczka, o nienagannych manierach i bez przerwy chodziła z uniesioną głową. Zawsze dostawała tego czego chce, a jeśli nie dostawała to brała to siłą, albo sposobem, bo nie można jej nigdy było zarzucić, że jest mało sprytna, czy też mało inteligentna. Należała do grupy dzieciaków, których pewność siebie mówiła sama za siebie, a nazwisko pozwalało na wszelkie odgięcia od normy, jednak tym razem trochę przesadziła i została ukarana. Co za zrządzenie losu.
Rodzina Craig’ów mieszkała w dużej rezydencji na uboczu Londynu, w miejscu gdzie można było spokojnie odpocząć od zgiełku który panował w centrum. Rezydencja posiadała nawet swój mały gaj, który mieścił się tuż obok dość sporego lasu, mała Mercedes wraz z tatą często chodzi tam, by ten mógł poopowiadać jej straszne historie i postraszyć ją na różne sposoby, czasami jednak ta wybierała się na spacery sama, mając pewność, że w tymże miejscu nic jej się nie stanie.
W pewne wakacje, Mer jak zwykle wszyła na samotny spacer, bowiem im była starsza tym bardziej towarzystwo rodziców zaczęło ją męczyć, zdawała się być tak pewna siebie i tak kompletnie samodzielna jakby mogła żyć na własną rękę. Dlatego kiedy wyszła tylko za bramę swojego małego gaiku i weszła do nieco większego lasu, odetchnęła, czuła się zupełnie tak jak gdyby to ona była częścią tego miejsca, tak jakby należała tu od zawsze. Oparła się więc o duże drzewo i zamknęła powoli swoje powieki. Wdychała powietrze i czuła zapach żywicy, liści i wszystkiego naokoło, nagle jednak otworzyła oczy, zobaczyła przed sobą mężczyznę nieco starszego od niej, ubranego bardzo porządnie kompletnie nie pasował do tego miejsca. Dziewczyna jednak była zbyt głupia by działać na swoją korzyść, przecież tak naprawdę nie wiedziała kim ów mężczyzna jest, czyż nie?
- Nudzi Ci się?- wymruczała przez zaciśnięte zęby do mężczyzny i uśmiechnęła się prowokująco, co już od dawna zaczęło być jej znakiem firmowym, w pewnym sensie. Mężczyzna jednak nie odezwał się i patrzył na nią bez zmrużenia, a w jego oczach dziewczyna mogła dostrzec coś niepokojącego, pewną żółć, która mogła kojarzyć się tylko z jednym. Jednak nie…ona była zbyt durna by skojarzyć pewne fakty, nie czytała Proroków, nawet książek o takich zwierzętach….była tępa pod tym względem, a nieznajomy jak stał tak stał, dlatego zdenerwowana Craig’ówna podeszła do niego szybkim i żwawym krokiem podeszła do niego wpierw machając mu swoimi dłońmi przed twarzą, jednak kiedy ten nie zareagował, ta szturchnęła go dość mocno a wtedy nieznajomy oddaliła się jak gdyby nigdy nic. Odszedł od niej szybkim krokiem i zanim ta zdążyła się zorientować to straciła go z oczu. Trochę zmieszana zgryzła wargę i prawie biegiem wróciła do domu.
Jednak kolejną wadą Panny Mercedes było to, że lekceważyła takie sytuacje i kiedy przemyślała to dogłębnie stwierdziła, że tak naprawdę nie ma się czego bać, kolejny mugol spacerujący po lesie, całkiem normalne czyż nie? Dlatego kiedy przydarzyła się kolejna okazja do samotnego spaceru, Mer skorzystała z niej i tym razem trzymając w ręku kwiatek zerwany w ogródku wkroczyła do lasu podśpiewując sobie jakąś durną piosenkę. Szła przed siebie kopiąc wszystko co tylko napotkała na drodze i uważnie wsłuchiwała się w cichy ćwierkot ptaków, który po chwile całkiem nagle ucichł, tak jak gdyby wszystkie zwierzęta nagle odeszły od tego miejsca. Mercedes zauważyła to i stanęła nasłuchując czy na pewno nikt nie idzie, do ręki zamiast kwiatka chwyciła duży kij i starała się usłyszeć cokolwiek. Jednak odpowiedziała jej jedynie głucha cisza i zanim zdążyła się zorientować ktoś od tyłu zaatakował ją zatykając usta ręką , zaś jego druga kończyna przytrzymywała ją z niebywałą siłą, całkiem nie ludzką. Mercedes starała się bronić, okładać osobę za nią kijem, a nawet gryźć jego dłoń, jednak to nic nie dało. Poczuła jednak czyjeś namiętne pocałunki na szyi i cichy szept.
- Zniszczę Cię…Twoja krew…nie będzie już taka czysta…moja jedyna…-jego szept było odrażający, brzmiał raczej jak charczenie które miałoby sprawiać ból, ale jednak to Mercedes poczuła ból, na szyi, ugryzienie i poczuła, że nie ma skóry, a w jej głowię kręci się jak w kalejdoskopie i wreszcie odsłonił jej usta. Mogła krzyczeć i krzyczała jak tylko mogła, by ktoś ją uratował, lecz jej ciało bezwiednie upadło na ziemię, a ona wiła się i czuła jak z ust płynie jej krew jak powoli umiera. Zamknęła oczy i czuła jak ktoś unosi jej ciało. Jak mówi do niej by nie zapomniała co z nią się stało i kto jej to zrobił, powtarzał w kółko jakieś nazwisko, ale nie była w stanie go słyszeć, była za bardzo zamroczona.
W pewnej chwili usłyszała rozpaczliwy głos matki i poczuła jak jej ciało upada z dużym impetem na ziemię, a potem była tylko ciemność i jej modlitwy o śmierć.
***
- To był wilkołak. Przeklęty Malkov, jak mógł nam zrobić coś takiego, za co? Za co ona? To nasza sprawa tylko nasza, między nim a mną!- ktoś przeraźliwie krzyczał w pokoju, głos był znajomy, jednak jakby trochę obcy, wszystko teraz było nieco obce. Te dziwne zapachy i wyczucie każdego ruchu człowieka i dziwne uczucie przy szyi, ktoś chyba przy niej majstrował.
-Niech Pan się nie martwi. Będzie dobrze, przeżyję. – westchnął ktoś o wiele grubszym głosie.- Pełni nie było.- wymruczał jakby bał się, że za chwilę Pan Craig wybuchnie i zacznie krzyczeć i miał całkowitą rację.
- Durniu! Tu chodzi o honor naszej rodziny! – wrzasnął tak, że dziewczyna postanowiła uchylić powoli swoje zmęczone powieki. Jej ojciec podszedł do uzdrowiciela i chwycił go za kołnierz szarpiąc mocno.- Nie waż się mówić komukolwiek, że nasza córka jest tym, tym…pół czymś, rozumiesz!?- jej ojciec zdawał się postradać rozum, miał oczy szaleńca a dłonie drżały mu niesamowicie. Przerażony nieznajomy potrząsnął tylko głową i kiedy tylko został oswobodzony uciekł czym prędzej z domu, zaś ojciec podszedł do swojej córki i pogładził ją po głowię patrząc na jej ranę na szyi.
- Nie martw się, kochanie, nikt się nie dowie.- wyszeptał mając głos szaleńca, a po policzkach zranionej, nie tylko fizycznie ale i psychicznie, dziewczyny popłynęły wielkie łzy. Nie chciała żyć, nie chciała tak żyć…to był początek jej osobistego koszmaru. Mercedes Craig pół wilkołak, czy to nie brzmiało nietaktownie?



Proszę o przydzielenie mi genetyki pół-wilkołaka. Bardzo ładnie ładnie proszę !
Powrót do góry Go down
James Xortdan

avatar

Prawdziwe imię : Mariuffek

Karta Czarodzieja
Krew: Czysta
Sakiewka: 16g 20s 78k

PisanieTemat: Re: Podania   07.12.09 14:05

bardzo ładnie, ładnie odmawiam.

PS. uzupełnij kartę
Powrót do góry Go down
http://myszek90.deviantart.com/gallery/
Mercedes Craig

avatar

Prawdziwe imię : Anka

Karta Czarodzieja
Krew: Czysta
Sakiewka: 0g 0s 0k

PisanieTemat: Re: Podania   07.12.09 14:10

A jaki powód?
Powrót do góry Go down
Hayley Finnigan
Amnezjator
avatar

Prawdziwe imię : Madzja

Karta Czarodzieja
Krew: 1/2
Sakiewka: 40g 0s 0k

PisanieTemat: Re: Podania   08.12.09 14:39

nie daj sie Marriuffek !
Powrót do góry Go down
Takanori Matsumoto

avatar

Prawdziwe imię : Ruki.

Karta Czarodzieja
Krew: 1/2
Sakiewka: 55g 6s

PisanieTemat: Re: Podania   08.12.09 16:55

Nie rozumiem jednego... czy ludzie już nie potrafią cieszyć się s tego, że są normalni tylko muszą być z nich zmutowane hybrydy, które albo szczekają, albo uprawiają kanibalizm (bez obrazy dla nikogo )? Wydawało mi się, że miała być wprowadzona - czy nawet została wprowadzona - redukcja, ograniczająca ilość przyznawanych genetyk do zera.
Człowiek sobie je trzy razy dziennie, w nocy śpika, czy co tam chce, biegnie jak biegnie, może korzystać z dobrodziejstw siłowni bez obawy, że zepsuje .
Ludzie cieszcie się życiem śmiertelnika! ^ ^'

__________________________________

Różnica pomiędzy seksem i śmiercią polega na tym,
że kiedy będziesz umierał, nikt nie będzie się śmiać z ciebie, że robisz to sam.




Na twoje nagłe zmieszanie w akcie seksualnego pragnienia
odpowiedziałem "kocham cię"
Wydawało się, że pragniesz dostrzec rany swej nagości
Tylko po to, by je wydrwić
Bo czułem cię mocniej niż ból

Powrót do góry Go down
Sayuri Marylebone
Siedziba Główna Brytyjskiej i Irlandzkiej Ligi Quidditcha
avatar

Prawdziwe imię : eF

Karta Czarodzieja
Krew: Czysta
Sakiewka: 30g 16s 21k

PisanieTemat: Re: Podania   08.12.09 22:39

Ave ci Japończyku! Zgadzam się z osobą powyżej. ^^
Powrót do góry Go down
Hayley Finnigan
Amnezjator
avatar

Prawdziwe imię : Madzja

Karta Czarodzieja
Krew: 1/2
Sakiewka: 40g 0s 0k

PisanieTemat: Re: Podania   09.12.09 15:14

I od razu dementuje pogłoskę jakoby nasze zdanie wynikało z tego, że już mamy genetykę Nie. Po prostu niedługo Hogwart stanie się cyrkiem albo gabinetem osobliwości zamiast szkołą dla ludzi.
Powrót do góry Go down
Ayumi Suzuki

avatar

Prawdziwe imię : obecne.

Karta Czarodzieja
Krew: Czysta
Sakiewka: 25g, 40s, 50k

PisanieTemat: Re: Podania   09.12.09 17:58

A dokładniej ZOO jak kiedyś powiedziałam. Dziękuję za poparcie, choć nadal nie zgadzam się z kwestią kilku genetyk przyznanych w najbliższym czasie.

__________________________________

La la la, yeah...
I'm a prettier girl than usual (no way)

+++



+ + +

Lucky day (yeah!) I'm strong (ha!)
That's what I think (go!)


Powrót do góry Go down
http://www.my-death-note.blog4u.pl
James Xortdan

avatar

Prawdziwe imię : Mariuffek

Karta Czarodzieja
Krew: Czysta
Sakiewka: 16g 20s 78k

PisanieTemat: Re: Podania   09.12.09 18:26

Ja byłem grzeczny Razz
Powrót do góry Go down
http://myszek90.deviantart.com/gallery/
Aliette Delrieu

avatar

Prawdziwe imię : Ann

Karta Czarodzieja
Krew: Czysta
Sakiewka: 0g 0s 0k

PisanieTemat: Re: Podania   06.02.10 18:33

Zapadł już zmrok. W zamku zapłonęły świece, a ich ciepły blask dawał poczucie bezpieczeństwa i ciepła. Aliette Delrieu, młoda Gryfonka VI roku wędrowała w te i we w te po pokoju wspólnym nie umiejąc znieść sobie odpowiedniego miejsca. Tu za miękko, tu za twardo, tam za zimno lub za gorąco. Ukradkiem spojrzała na zegar. 21.30. Jeśli dobrze pójdzie, zdąży jeszcze przejść się na krótki spacer. Może po za murami zamczyska znajdzie dla siebie coś do roboty? Niewiele myśląc chwyciła długi, czarny płaszcz, włożyła kozaki również tego koloru, obwiązała się szczelnie szalikiem Gryffindor’u i ruszyła schodami w dół. W hallu spotkała parę znajomych, chwilę porozmawiała, po odpowiadała na dziwne i bezsensowne pytania i stwierdzenia typu „O zmroku po za murami jest niebezpiecznie.” Lub też „Lepiej nie idź sama.” Zignorowała te uwagi. Potaknęła głową żeby stworzyć pozory, iż słuchała inteligentnych rad Czarodziejów i wyszła na dwór przez frontowe drzwi.
Rozejrzała się dookoła. Gdzie nie spojrzeć śnieg. Biała, puchowa kołdra przykrywała wszystko gdzie okiem sięgnąć. Ruszyła przed siebie. Brnąc w śniegu po kostki zwróciła się w stronę Zakazanego Lasu. Nie miała ochoty tam wchodzić. Po prostu chciała, choć na chwilę pobyć sama z dala od ludzi i innych stworzeń mieszkających w Hogwarcie. Jakże bardzo się myliła!
Zatrzymała się przy skraju zaniepokojona szelestem blisko niej. Rozejrzała się czujnie. Omiotła wzrokiem najbliższą okolicę Lasu, lecz nic nie dostrzegła. Nagle ujrzała oślepiający błysk. Zasłoniła ręką oczy. Ten moment nieuwagi wystarczył napastnikowi na atak. Poczuła jak ktoś uderza ją mocno w brzuch i odruchowo zgięła się w pół. Po chwili kolejne uderzenie. Tym razem w kark. Upadła na kolana. Paniczny strach zawładnął jej ciałem. Nie potrafiła się ruszyć, a co gorsza uciec lub walczyć. Napastnik Podniósł ją z ziemi obejmując ręką w pasie. Przyciągnął do siebie. Obawiała się najgorszego…
-Piękna, czerwona perło. Uczynię dla ciebie wyjątek i nie zabiję cię. - Wyszeptał dziewczynie prosto do ucha. Miał gładki, pociągający głos. – A co więcej podaruję ci prezent. Będziesz mogła cieszyć się nim przez wieczność lub też dłużej…
Dziewczyna dopiero teraz skojarzyła fakty. Wampir! Przeleciała paniczna myśl przez jej głowę. Nie miała jednak dla siebie dużo czasu. Mężczyzna przybliżyła swoje usta do jej szyi. Omiótł ją jego słodki oddech. Na chwilę zamknęła oczy i delektowała się cudownym zapachem skóry wampira. Pożałowała tego. Dwa ostre punkty wbiły się w jej gładką szyję. Syknęła z bólu, wygięła się niczym struna, a on ssał powoli i majestatycznie jej krew. Czuła, że ogarnia ją dotąd nieznane podniecenie. Odpłynęła w tej rozkoszy i potem już nic nie pamiętała.
Długo po tym incydencie trapiły ją pytania typu: jak długo nie byłam przytomna? Jeden, dwa, trzy może i siedem dni. Jedyne, co utkwiło w jej pamięci to okropny ból i męka, które nie ustępowały. Z wieczora na wieczór było coraz lepiej. Ból powoli znikał dając miejsce nowym, dotąd mi nieznanym uczuciom i doznaniom.
Zbudziła się pełna nowej energii. Rozejrzała się w około. To, iż widziała wszystko z najdrobniejszymi szczegółami zaskoczył dziewczynę. Również słuch i węch poprawiły się niesamowicie. Ruszyła kamiennymi schodami w górę opuszczając duszne, małe pomieszczenie znajdujące się głęboko pod ziemią.
Wyszła na powierzchnię i wzięła głęboki oddech. W tym samym momencie potworny skurcz złapał jej gardło. Pragnienie wzrastało z każdą sekundą… pragnienie krwi. Zagłębiła się w las by znaleźć swą pierwszą ofiarę…
***
Liczę na pozytywnie rozpatrzenie, co do genetyki wampira
Powrót do góry Go down
James Xortdan

avatar

Prawdziwe imię : Mariuffek

Karta Czarodzieja
Krew: Czysta
Sakiewka: 16g 20s 78k

PisanieTemat: Re: Podania   06.02.10 18:34

odrzucone
Powrót do góry Go down
http://myszek90.deviantart.com/gallery/
Dahela Davis

avatar

Prawdziwe imię : Domisia

Karta Czarodzieja
Krew: Czysta
Sakiewka: 44g 64s 84k

PisanieTemat: Re: Podania   28.02.10 19:12

Wszystko zaczęło się 26 grudnia kiedy to na świat w Londynie przyszły dwie bliźniaczki. Rodzice dali im dwa odmienne zupełnie od siebie imiona jakby już je rozdzielając na starcie życia. Jednak dziewczynki się nie dały. Dorastały razem. Uczyły się chodzić, mówić, siedzieć razem. Praktycznie wszystko robiły razem. Nie wiadomo czemu rodzicom to się niezbyt podobało. Kochali swoje córki jednakowo jednak mieli wrażenie ze mają do czynienia z jedną osobą a oni chcieli mieć dwie różne córeczki. Dlatego zaczęło się rozróżnianie. Dziewczynki miały kupowane różne ubranka, różne pokoje. Rodziciele próbowali w nich wykształcić dwie różne osobowości. W wieku 11 lat obie dostały list z Hogwartu. Z nadzieją państwo Davis puścili dzieci do szkoły. Jednak kiedy wróciły ze szkoły znowu wyglądały tak samo. Zaczęło się więc inne rozróżnianie. Dahela jako starsza miała być bardziej odpowiedzialna, doroślejsza. Wymagano od niej o wiele więcej niż od Jade. Szczególnie jeżeli chodzi o zachowanie i oceny w szkole. Kiedy więc wracały ze szkoły i okazywało się ze Jade była w czymś lepsza rodzice byli zawiedzeni. I tak to się ciągnęło przez trzy pierwsze lata szkoły. W pewnym momencie sobie odpuścili i starsza siostra miała nadzieje ze się uspokoili na stale jednak zaraz znowu się zaczęło. Tylko ze tym razem ze zdwojoną siłą. Oczywiście robili to wszystko tak ze Jade nie widziała. I Dahela jej tez nie mówiła. Nie chciała martwić siostry tego typu problemami. Wiedziała ze młoda Davis by wzięła to do siebie i miała wyrzuty sumienia. Dlatego milczała. Nigdy jej słowem nie pisnęła o tym ze coś takiego się dzieje u nich w domu.
Na drugim roku szkoły starsza z sióstr zaczęła interesować się animagią. Jednak wtedy jeszcze nawet nie próbowała. Bała się ze jej nie wyjdzie i znowu kogoś zawiedzie mimo ze jeszcze nikomu nie mówiła o swoich planach z tym związanych. Myślała poza tym ze to takie marzenie dzieciństwa. Każdy przecież ma jakieś. Zebrała się w sobie dopiero w trzeciej klasie kiedy już nie wytrzymywała tego stresu i nacisków. Poszukała odpowiednich książek, chodziła po nauczycielach a głównie profesor McGonagall szukając najważniejszych wskazówek o tym jak zostać animagiem. Starała się bardzo i otrzymywała pomoc od pani profesor. Ćwiczyła po kilka godzin dziennie pod jej okiem, albo sama. W tamtym okresie tylko profesor transmutacji wiedziała o tym ze dziewczyna próbuje swoich sił w animagii. Na początku niewiele jej wychodziło. Praktycznie nic. Jednak wyjątkowo nie poddawała się. Uparła się ze to będzie coś w czym będzie najlepsza z rodziny. Coś z czego nie tylko ona będzie dumna ale też wszyscy wokół niej. Z każdym dniem było coraz lepiej aż w końcu jej się udało po wielu miesiącach mordęgi. Na początku szóstej klasy za kolejną godziną ćwiczeń pod okiem pani profesor udało jej się zmienić w zwierze, psa dingo. Wtedy po raz pierwszy weszła w skórę zwierzęcia i poczuła się wspaniale. Była z siebie potwornie dumna, tak samo jak profesor McGonagall i rodzice. Kiedy im to pokazała zobaczyła w ich oczach dumę i radość. I więcej jej do szczęścia nie było potrzeba. Od tamtej pory za każdym razem kiedy zmieniała się w zwierzaka czuła ten przyjemny przypływ energii. W ciągu tych chwil czuje ze żyje, ze jest w czymś naprawdę dobra i ze bliscy są z niej dumni.
pies Dingo z charakterystyczną jaśniejszą sierścią od koloru włosów dziewczyny. Mniej więcej tak wygląda podczas przemiany:
http://zasoby.ekologia.pl/artykulyNew/11496/xxl/dingocc_800x600.jpg
http://www.cosmosmagazine.com/files/imagecache/feature/files/20061115_dingo.jpg
http://www.digispace.ch/australien/BIilder/dingo2.jpg


Licze na pozytywne rozpatrzenie podania.


Ostatnio zmieniony przez Dahela Davis dnia 28.02.10 20:47, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry Go down
Paige Stigma

avatar

Prawdziwe imię : Kaś

Karta Czarodzieja
Krew: Czysta
Sakiewka: 16g 5s 19k

PisanieTemat: Re: Podania   28.02.10 19:52

Odrzucone. Krótko i w ogóle mało opisane... W trzeciej klasie już stała się animagiem? Te miesiące "mordęgi" nic mi nie mówią.

__________________________________


Zło zależy od punktu widzenia(...)Jesteśmy nieśmiertelni.
To, co nas czeka w przyszłości, to bogate uczty, których wartości sumienie nie może oszacować.
Bóg zabija i tak też będzie z nami.
Odbiera życie bogatym i biednym, i my też tak będziemy robić.

Powrót do góry Go down
http://www.graphicguestbook.com/paige-stigma
Dahela Davis

avatar

Prawdziwe imię : Domisia

Karta Czarodzieja
Krew: Czysta
Sakiewka: 44g 64s 84k

PisanieTemat: Re: Podania   28.02.10 20:06

zmienione... mam nadzieje ze tym razem jest dobrze.
Powrót do góry Go down
Paige Stigma

avatar

Prawdziwe imię : Kaś

Karta Czarodzieja
Krew: Czysta
Sakiewka: 16g 5s 19k

PisanieTemat: Re: Podania   28.02.10 20:19

Ponawiam: za krótko opisane. Poza tym włącz worda, ok? Popraw ładnie błędy i przecinki. Stylistyka woła o pomoc. Żeby miało to ręce i nogi jak prawdziwe podanie

__________________________________


Zło zależy od punktu widzenia(...)Jesteśmy nieśmiertelni.
To, co nas czeka w przyszłości, to bogate uczty, których wartości sumienie nie może oszacować.
Bóg zabija i tak też będzie z nami.
Odbiera życie bogatym i biednym, i my też tak będziemy robić.

Powrót do góry Go down
http://www.graphicguestbook.com/paige-stigma
Dahela Davis

avatar

Prawdziwe imię : Domisia

Karta Czarodzieja
Krew: Czysta
Sakiewka: 44g 64s 84k

PisanieTemat: Re: Podania   28.02.10 20:48

więcej już z siebie nie wypoce =.=' jak to i tak jest za mało to trudno, a mój durny openoffice nie chce sprawdzać przecinków a jeżeli chce to nie umiem właczyć tej funkcji.
Powrót do góry Go down
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Podania   

Powrót do góry Go down
 
Podania
Powrót do góry 
Strona 1 z 1
 Similar topics
-
» Ogłoszenia o pracę + podania o samozatrudnienie

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
WizardSchool :: O R G A N I Z A C J A :: Zapisy-
Skocz do: